środa, 4 grudnia 2013

ANIA SZARMACH & FRANK McCOMB w Kinie Apollo 6 listopad.

Na koncert udało mi się dostać całkowicie spontanicznie. Nie znałam ani Ani ani Franka. Byłam nieziemsko ciekawa co mnie czeka za muzyczne powitanie, jak w końcu wygodnie sobie zasiądę i otworzę uszy na dźwięki.
Propozycję wyjścia na ten koncert dostałam od mojej wspaniałej koleżanki Agnieszki na 2 godziny przed rozpoczęciem całego wydarzenia. Musicie mi wierzyć, że to był totalny spontan. Nie miałam więc czasu na sprawdzanie nagrań opinii oraz szukanie wiadomości ciekawych i nie ciekawych na ich temat.
Zupełnie na świeżo, bez żadnych uczuć postanowiłam: "Idę! Co ma być to będzie!".

Całego sposobu wchodzenia, spotkania milionów tysięcy znajomych opisywać nie będę wam, bo i po co?
Weszłam, usiadłam i wyszła piękna pani na szpileczkach i zaczęła zapowiadać, jak to się w ogóle stało, że koncert się wydarzył.
Otóż Frank McComb kiedyś usłyszał Anię jak śpiewała i grała sobie na pianinie/ fortepianie ( już nie pamiętam) i bardzo chciał z nią zagrać. Wydało mi się to trochę naciągane... ale if you say so I'll try to believe in that beautyfull lie. I wierzyłam, bo chciałam wierzyć, że marzenia się mogą spełniać. W końca sama pracuję, aby moje marzenia się spełniały.

W końcu rozległy się brawa i na scenę weszła grupa wspaniałych muzyków m. innymi Grzegorz Jabłoński, Piotr Żaczek oraz Robert Luty, których możecie kojarzyć z mojego ulubionego polskiego Bandu POLUZJANTÓW.
Ania od razu skupiła całą moją uwagę na sobie. Oczywiście bardzo chciałabym więcej napisać o kunszcie muzycznym innych muzyków, ale poza wyrazami uznania, i napisaniem, że jestem pod wielkim wrażeniem nie wiele mogę napisać. Bo nie mam się do czego przyczepić. Z resztą przy mówieniu o jazz-popie trochę trudno.
Ale wróćmy do Ani. Maleństwo, zaczęła trochę nieśmiało przynajmniej tak mi się wydawało... ale już w pierwszym utworze pokazała, że ma charakter, potrafi być delikatna i słodka. Byłam zachwycona.
Właściwie wszystkie piosenki po polsku- gwarancja, że publika zrozumie o czym śpiewa. Genialnie!
Nie spodobał mi się właściwie tylko jeden moment, w którym Ania, trochę rapowała, mówiła tekst... smutne bo nie zrozumiale, za nisko, trudno było tego słuchać.
Ale kunszt wokalny, skala, wariacje, improwizacje, najwyższa klasa.
Pięknie!
A później wyszedł Frank... i leżałam po siedzeniem fotela. Byłam rozbita. Z Frankiem zostali tylko Robert Luty- perkusja i Piotr Żaczek- bas. A Frank swoim wokalem i palcami uderzającymi o klawisze pianina zrobił mi dobrze. Byłam zachwycona. Fakt, nie do końca rozumiem jazz, ale to było tak dobre... Najgorszy był jednak widok ludzi, którzy w trakcie występu łazili, wychodzili... przeszkadzali. Jedyne co wtedy przychodziło mi na myśl, to: JEZU DROGI! CO Z NIMI JEST NIE TAK!?!

To miał być wspólny koncert... tak myślałam, ale było tak. Najpierw godzinę śpiewała Ania a później czas dla siebie miał Frank. Smutne, że ze sobą razem zaśpiewali tylko jedną piosenkę... i to z samym klawiszem. Zabrakło mi tej wspólnej kooperacji. No nic nie wszystko zawsze może być idealnie.

Po koncercie ledwo mogłam chodzić... ale musiałam przywitać się i pogratulować wspaniałym muzykom. W ten sposób udało mi się przez chwilę porozmawiać z Frankiem. Najmilszy człowiek świata...
Ochów i achów nie ma końca. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję go posłuchać, bez wahania w ciemno ZRÓBCIE TO!

Pozdrawiamy z Frankiem Ciepło!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz